Jarek Szubrycht
dziennikarz działu Kultura

Nie da się zakwestionować dominacji Stanów Zjednoczonych w kulturze popularnej. Naszą wyobraźnię karmią amerykańskie filmy i seriale, czytamy amerykańskich pisarzy, słuchamy amerykańskiej muzyki. Wielbimy i naśladujemy pop i rock zza oceanu, jazz przeszczepiliśmy, bluesa udomowiliśmy, nawet rap udało się nam obłaskawić i naturalizować – tylko na country jesteśmy jakoś dziwnie impregnowani.

Country niejedno ma imię

Oczywiście, mamy w Polsce niestrudzonego propagatora country w osobie Korneliusza Pacudy, jest Piknik Country w Mrągowie, są i artyści, którzy regularnie tam występują, jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że to obieg zamknięty. Robią swoje dla siebie i do szerokiej publiczności niewiele z tego dociera. Może właśnie rodzinna, radosna, piknikowa formuła mazurskiej imprezy – dobrze znanej nie tylko jej bywalcom, bo długo transmitowanej przez telewizję – sprawiła, że ci, którzy mogliby szukać w country innych wrażeń, podchodzą do gatunku jak pies do jeża?

A przecież country niejedno ma imię – i pod względem estetycznym, i emocjonalnym, i nawet ideowym. Kiedyś było głosem białej, konserwatywnej, prowincjonalnej Ameryki, ale sporo granic dawno już przekroczono, wiele gatunkowych i środowiskowych tabu naruszono i dziś country jest wielobarwną mozaiką brzmień i postaw.

Być może dlatego i w Polsce coś się zmienia. Pojawili się artyści, którzy country znają nie z występów Gangu Marcela nad jeziorem Czos, lecz z późnych płyt Johnny'ego Casha. Uczyli się – specyficznej wizji – tej estetyki od Slim Cessna's Auto Club (niestety, właśnie się rozpadli), 16 Horsepower (na szczęście właśnie się reaktywowali) czy Kinga Dude'a. Najbardziej znany jest oczywiście gwiazdorski skład Me And That Man, z Nergalem i Johnem Porterem w składzie, ale zjawisko jest znacznie szersze i przynosi coraz smakowitsze owoce.

Dowodem wydana właśnie składanka „Polish Dark Country", fascynujący przegląd rodzimego undergroundu spod znaku country, folku i americany. Obok zawodowców, którzy mają już swoją publiczność i własny artystyczny język, choćby Hioba Dylana czy zespołu Johnny Trzy Palce, mamy tu projekty amatorskie, jeszcze trochę nieudolne, co nie znaczy, że nieciekawe.

Czystego country na tej płycie znajdziecie akurat najmniej, za to swojskich wizji muzyki amerykańskiego Zachodu wystarczająco dużo, by chcieć śledzić obecne (i dalsze kariery) co najmniej połowy z tych 14 wykonawców. Obok angielszczyzny, równie naturalnej dla tej estetyki jak brzmienie bandżo, mamy też udane piosenki po polsku i o polskich sprawach.

Nie brzmi to źle, choć niegotowe ucho może się czasem zaczerwienić od sprzecznych emocji. Ale skoro do rapowania po polsku przywykliśmy, to tym łatwiej zaakceptujemy ponure ballady o życiu i śmierci snute spod chmury kapelusza.

NIE PRZEGAP

DO POCZYTANIA

POLECAMY